Autor Wątek: Albania 2007  (Przeczytany 1826 razy)

Offline Mężczyzna arkadoo

  • Wiadomości: 2761
  • Miasto: Wrocław
  • Na forum od: 22.11.2006
    • http://www.rower.fan.pl
Albania 2007
« 1 Mar 2007, 12:54 »
W lipcu wybieramy się do Albanii. Planujemy wjechać do niej z Grecji i pojeździć po całym kraju. Być może zajrzymy też do Czarnogóry. Jesteśmy otwarcie na wszystkie ciekawe informacje o tym kraju :)
Watch out where the huskies go,
And don't you eat that yellow snow

Offline #:-) gps

  • Wiadomości: 84
  • Miasto: Kielce
  • Na forum od: 07.09.2006
Albania 2007
« 15 Kwi 2007, 19:40 »
Byłem w Albanii latem 2006. Jechałem trasą przymorską z Czarnogóry do Grecji.

Oto moja relacja z tej trasy, którą kiedyś opublikowałem na pl.rec.rowery:

Był to fragment mojej wyprawy do Grecji.

http://img219.imageshack.us/img219/792/08albaniaez5.gif

DZIECI ZDEJMUJĄ KLAPKI Z OCZU I CIEMNE OKULARY

Wjechałem na teren Albanii 8 VII 2006 ok. 12:00 przejściem Sukobin/Muriqan (z Czarnogóry, na południe od Jeziora Scutari/Szkoderskiego). Jechałem sam z pełnym obciążeniem na rowerze - sakwy przód i tył. Przejście graniczne przekroczyłem bez najmniejszych problemów. Tuż za nim pierwsze zaskoczenie - wypadek, zderzyły się dwa mercedesy. Wyminąłem blokujące drogę auta i pojechałem dalej. Zaskoczeniem drugim była bardzo dobra jakość drogi, o wiele lepsza niż w Czarnogórze. Tylko że ob...ane przez krowy, wygląda na to, że jedyne jej użytkowniczki. Tylko czym ja teraz wyczyszczę sakwy? Niby mam pełne błotniki, ale w tych warunkach wyraźnie nie radzą sobie. Nieodparta myśl, powstała jeszcze w Polsce, odżywa w moich zwojach: 'przykulić się, zmrużyć oczy, deptać co sił, może w dwa dni jakoś ten kraj przeskoczę'. Myśl ta przynosi mi wyraźne pocieszenie, w końcu od dentysty też się prędzej czy później wychodzi. I to z jaką ulgą!
Pierwszą miejscowością na trasie był Shkoder. Jednak, aby wjechać do miasta stanąłem przed koniecznością przejechania mostu i... zawahałem się. Jest to konstrukcja drewniano-stalowa, z nawierzchni wystają bretnale (niby mam opony nieprzebijalne, ale pojedynek niemieckiej gumy z tym zardzewiałym żelazem mizernie się zapowiadał), wydawało mi się, że most się chwieje. Upewniłem się, że Albańczycy są w stanie przejechać samochodami i ruszyłem. Obawy nie były uzasadnione, trzeba tylko było uważać na szczeliny między deskami, przez które widać było topiel rzeki i wypatrywać gwoździ bez łbów; trochę takie przeżycie z Indiana Jones'a. Wjazd do Shkodra robi przygnębiające wrażenie, szeroka ulica z dziurami, ubogie domy, jakieś szopy i warsztaty naprawcze. W Shkodrze szukałem bankomatu, był Raiffeisen, ale zamknięty. Nic to, pomyślałem, wodę jeszcze mam, więc pojadę do następnej miejscowości. Przy wyjeździe z miasta na dość dużej górze imponujący zamek, ale obejrzałem go tylko z dołu. Ze Shkodra do Lezhe piękny asfalt, ruch nie taki znowu duży, więc jechało się szybko, a droga była płaska. Krajobraz ładny, po lewej w oddali dość wysokie góry, po prawej pagórki. Zaczęło się rozpogadzać. Do samego Lezhe wjeżdżałem w słońcu. Doskwierał mi już mocno głód, więc zacząłem od szukania bankomatu. Tuż za mostem, którym można się dostać do miasta dwa banki, jeden lokalny o nieznanej mi nazwie, toteż wybieram Raiffeisena. Kurcze, bank ma akurat przerwę. Z obawami idę do bankomatu. Ustawiam opisy na j. angielski. Dysponuję z klawiszy 5000 leków. Bankomat grzegocze, po czym wyświetla się napis, że nie może wydrukować informacji o transakcji i stawia pytanie co dalej. Wybieram OK i... nic. Czekam. Nic. Czekam. Nic. Hmmm, wybieram Cancel z klawiszy i ulga - przynajmniej wypluwa moją kartę. Ale kasy nie ma. Waham się co robić, ryzykuję powtórzenie operacji - potrzebuję pieniędzy. Tym razem wszystko przebiega gładko.
[Jeszcze dwa tygodnie męczyło mnie, czy zapłaciłem w Lezhe jakiś haracz, po wymianie korespondencji z centralą Raiffeisena w Austrii okazało się, że nie. Przy okazji: 1 PLN = 28,87 ALL, 10 ALL = 0,31 PLN; ceny art. spożywczych zbliżone do naszych.]
Jadę w głąb miasta w poszukiwaniu sklepu. Wchodzę do środka i uderzający kontrast: ulice zaśmiecone i zabałaganione, a w sklepie wzorcowa czystość i porządek, dość nowoczesny wygląd wnętrza. Spaceruję z koszykiem między półkami, produkty albo lokalne, albo z Czarnogóry, albo Włoskie. Biorę sok, ciastka, lody. Przy lodówce sięgam po jogurt. Kątem oka dostrzegam, że podchodzi jakiś jegomość, wyjmuje mi jogurt z koszyka szeroko się uśmiechając, po czym  wkłada z powrotem do lodówki. Szybko kombinuję:
1. to taki lokalny obyczaj, który oznacza "witaj w naszym kraju",
2. odłożył go sobie wcześniej, a ja mu go podebrałem,
3. nie lubi mnie, ale udaje, że jest inaczej (w końcu tacy Bułgarzy kręcą głowami żeby powiedzieć "tak", może tu jest podobnie).
Lubię jogurty (kefirów nigdzie nie ma od Węgier), sięgam po inny. Uśmiechnięty facet niezrażony wyjmuje mi go z ręki i wstawia z powrotem do lodówki. No nie, k.źwa, dość tego - zabijam go wzrokiem. Uchachany bierze jogurt z lodówki i pokazuje mi datę ważności: 12.06.2006. Jogurt jest przeterminowany od miesiąca. Sprawdzam na innym, a tam data: 23.00.20056. Że niby co?! Chciałem sprawdzać następne, ale Uchachany pokazuje mi wymowny gest gładząc się po brzuchu; acha, czyli nie ma co - ta partia jest do bani, następnie wkłada mi do kszyka inne, dobre tym razem jogurty. Jednak szok czeka mnie przy kasie - Uchachany okazuje się właścicielem sklepu. Ostrym głosem woła młodego chłopaszka (chyba syna), żeby powkładał mi towary to torby plastikowej i zaniósł do roweru - jest wyraźnie dumny, że zaszczyciłem jego sklep zrobieniem tu zakupów. Zaczepia małe palce obu dłoni i powtarza wielokrotnie "Polonija-Albanija", cały czas uśmiechając się szeroko - rozumiem, że łączy nasze narody odwieczna i serdeczna przyjaźń. Odprowadza mnie do drzwi ustawicznie poklepując po ramieniu. Toczę rower szukając jakiegoś miejsca, gdzie spokojnie mógłbym zjeść coś, bo od śniadania w Barze (taka miejscowość w Czarnogórze) piłem tylko wodę.
Rozkładam się na murku przy ulicy medytując: 'no, ponoć Eskimosi trawią nawet zwykłe świeczki'.
Zaczynam od lodów - szybkie kalorie. Są znośne, ale do lodów Schoellera (choćby Zielonej Budki) daleko im. Wtem, przysiada się do mnie jakiś dzieciak. Siada 5 cm ode mnie, dynda nóżkami i patrzy przed siebie cicho pogwizdując. Uśmiecha się. Czekam na gest wyciągniętej dłoni. Nic takiego. Chłopak uśmiecha się i patrzy mi w oczy. Robi mi się nieswojo. Sięgam po paczkę ciastek i częstuję go. On, jakby zdziwiony, stanowczo kręci głową, nalegam plotąc coś po polsku i po angielsku, że bardzo proszę. W końcu opornie bierze ciastko. Cóż, nie będziemy tak milczkiem siedzieć:
- Ja Paweł, ty...? Moja mowa gestów przechodzi zasadniczy sprawdzian.
Nie dostrzegam błysku zrozumienia w jego oczach. Próbuję raz jeszcze.
- My name is Paweł, Paul, and yours?
- My name is Christian, słyszę w odpowiedzi doskonałą menczesterską angielszczyzną. Otwieram szeroko ze zdumienia buzię. Przesłyszałem się?
- How old are you? pytam.
- I'm ten, and you?
Powoli klapki odpadają mi z oczu, zaczynam dostrzegać barwy, dochodzą do mnie odgłosy ludzi dookoła, czuję zapach ulicy po deszczu...
Do Kristiana dołącza jego 14-letni brat Friday. Ma większy zasób słów od  Kristiana. Rozmawiamy o ich szkole, wakacjach, marzeniach na przyszłość - chcą być piłkarzami i grać w Realu Madryt, Friday ma nawet taką koszulkę. Na chwilę zatrzymuje się przy nas mężczyzna, chłopcy podchodzą do niego i całują z szacunkiem w policzki - to ich wuj, co jakiś czas ktoś się zatrzymuje i uśmiecha się życzliwie. Proszę, żeby mnie nauczyli mówić po albańsku.
- Thank you.
- Faliminderit. Za którymś razem mi się udaje.
- Bravo, mówi Friday.
- Please.
- Telutam.
- Bravo, śmieją się obaj.
- I'm sorry.
- Mefalle.
- Good morning.
- Miemdżes. Potem liczymy od 1 do 10.
Lekcję tę nagrałem na mp3plejerka. Gdy ją dzisiaj słucham robi mi się na sercu bardzo ciepło i wesoło.
Niedawno wysłałem chłopakom płytę z moją ulubioną muzyką i wybrane zdjęcia z trasy. Jedno z taką oto dedykacją:
"Kristian and Friday, thank you very much for helping me understand Albania - you have been my best introduction to Albanian hospitality."

Odjeżdżałam z Lezhe zawstydzony przez dwójkę dzieciaków. Dali mi dobrą lekcję, wręcz nauczkę - Herbert ujął to tak:
"Wszędzie ta sama ziemia jest, naucza mądrość
Wszędzie człowiek białymi łzami płacze, Matki kołyszą dzieci
Księżyc wschodzi i biały dom buduje nam"

Dalej jechałem z głową podniesioną, chłonąc Albanię wszystkimi zmysłami.


cdn.


#:-)
gps
GG: 1278859
#:-) gps

Offline Mężczyzna arkadoo

  • Wiadomości: 2761
  • Miasto: Wrocław
  • Na forum od: 22.11.2006
    • http://www.rower.fan.pl
Albania 2007
« 7 Sie 2007, 22:03 »
Wyprawa rowerowa Albania 2007 ukończona. W ogromnym upale
odwiedziliśmy Albanię, Kosowo i Macedonię.
Zapraszam do przeczytania relacji, obejrzenia fotek i wpisywania się do
księgi gości.

www.rower.fan.pl

Druga część ekipy (znaczy się ja i Gosia) przejechała przez stepy wschodniego Krymu, Morze Azowskie do Odessy. Relacja pojawi się wkrótce - napiszę o niej na forum.
Watch out where the huskies go,
And don't you eat that yellow snow

 




Organizujemy










Partnerzy





Patronat




Objęliśmy patronat medialny nad wyprawami:











CDN ....
Mobilna wersja forum