Od paru lat wybierałam się na Suwalszczyznę. Wiecznie coś mi krzyżowało plany. Raz nawet byłam już w trasie, ale dopadł mnie solidny covidek więc wsiadłam do pociągu i wróciłam do domu. Tym razem ruszyłam słabo przygotowana. Wyznaczyłam trasę, spakowałam się, ale kondycji rowerowej to ja kompletnie nie mam. Najwięcej km jednego dnia w tym roku to u mnie może 25 albo 30. I to na raty, na lekkim rowerze. Okazało się że to nie było przeszkodą by wykręcać dystanse 70-90 km

Natomiast pierwszego dnia zastrajkowała mi noga przy kostce - w bardzo dziwnym miejscu. Następne dni wynalazłam sposób jak pedałować by bolało mniej. Drugiego dnia... obtarłam tyłek/pachwinę. Przeprosiłam się ze spodenkami z wkładką, kupiłam sudocrem, siedziałam krzywo i jakoś się w miarę wygoiło częściowo. Trzeciego dnia..... rozchorowałam się

Paliło gardło, samopoczucie zjechało, siły się skończyły. Postanowiłam przeleżeć dzień w namiocie i zobaczyć co się zadzieje po takim odpoczynku. Gardło nie przestało palić mimo że zrobiłam sobie sesję na tężniach solankowych w Gołdapii. Mimo to ruszyłam pomału dalej zaopatrzona w baterię leków. Gardło do końca wycieczki piec przestało, za to przeszło klasycznie na zatoki

Ale jechać się dało i dystanse pokonywałam całkiem niezłe.
Suwalszczyzna jest cudowna! Pagórki, jeziora, mało ludzi, kuchnia wschodnia... Początkową trasę skróciłam i zmodyfikowałam, ale i tak jestem bardzo zadowolona i już tęsknię za Suwalszczyzną

trzeba będzie wrócić, choć tym razem chyba częściowo na rower a częściowo pieszo. Pogoda dopisała, choć dwa dni było w cieniu zimno a w słońcu gorąco przez co zapewne się rozchorowałam.
Top nocleg był w Szurpiłach - bardzo! polecam pole namiotowe w dolince - kapitalne warunki, a koszt jedynie 26 zł. Równa, przystrzyżona trawka, stoły, wiata na rowery, czyste i wygodne łazienki, namiot kuchenny z czajnikiem stołem i kącikiem kawowo-herbacianym, do tego specjalnie posadzone tuje by był rano cień i 2 minuty spaceru nad jezioro...
Dla kontrastu najgorszy nocleg był nad jeziorem Zelwa - zapłaciłam 35 zł za cuchnącego, nieopróżnianego toitoia, popsutą pompę i rozwalony pomost na którym można się połamać albo wbić sobie gwoździa... Zdecydowanie lepiej by było spać po ludzku na dziko, ale jakoś miałam chęć na pola namiotowe i nie mogłam się przełamać znowu...
Zapraszam do galerii, a jeśli ktoś będzie chciał ślady to podrzucę link do stravy.
https://photos.app.goo.gl/YcS5X9pDxn6BYuQ19