Autor Wątek: Prawie Pół Polski  (Przeczytany 4498 razy)

Offline Mężczyzna Wilu13

  • Wiadomości: 31
  • Miasto: Kolbuszowa
  • Na forum od: 10.05.2020
Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 15:51 »
Witam,
   Absurdalnie szczęśliwy zasiadam do komputera by opisać przygodę/wyprawę, która zakończyła się kilkadziesiąt minut temu i jakby nie było przeszła już do historii. Jak tytuł wskazuje działo się to w Polsce ściśle na jej południowej, wschodniej, północnej i środkowej części. Wyprawa miała być wolną amerykanką i taka była, choć przyjęła chyba nieco bardziej sportowy charakter (stąd w tym dziale) wszak było dużo jazdy i mało zwiedzania. Zdjęć też niewiele robiłem; obrazy zostały mi w głowie, a w razie gdybym coś zapomniał będzie powód do powtórzenia. Jechałem na ciężko z pełnym osakwieniem (przód i tył) plus namiot, mata samopompująca, śpiwór i "żółw" czyli plecak mocowany na górze koszyczka tylnego; z przodu tez miałem zamocowany koszyczek. Całość z rowerem ważyło w dniu wyjazdu 61.5kg, a ze mną (również 61.5kg) 123kg. Rower-Kross Transatlantyk z 2015r nieco przerobiony, po wymianie napędu i koła przedniego na wąskich oponach 32mm. Wyprawa została podzielona na 2 etapy, które odpowiednio nazwałem; podobnie jaki i dni, a ich nazwy są związane z pewnymi wydarzeniami i w ogóle tym co się działo podczas wyprawy, a nawet i przed nią o czym na końcu w ramach wyjaśnień Zatem pora na:

   Etap I-Pogoń do Sopotu!
   
   Dzień I (25.07, sobota)-Ranczo Relaxo Czartoria-poezja!
Wyruszyłem po chińskim śniadaniu i kawie o ok. 7:35. Dystans 187.32 km, przewyższeń 1,103 m, czas jazdy/brutto 8:29:04/11:13:20, prędkość średnia/max 22.1km/h/52.9km/h, pogoda przewaga słońca, wiatr 8.0km/h NW
   Tyle z suchych danych, po których można wnioskować, że jechało mi się wyśmienicie! Do jedzenia miałem plecak pełen smakołyków (brzoskwinie, banany, czekolady, wafelki, ciastka) ale mimo tego kilka razy wstępowałem do sklepów na zimne bezalkoholowe uzupełniając przy okazji wodę w bidonach (w sumie 3l). Ok. 15km przed celem wstąpiłem na kompletny obiad do Restauracji Leśnej. A Ranczo??? Hmmm...Cisza, spokój, sielanka pośród łąk i łanów zboża we wsi Czartoria na Lubelszczyźnie, na pagórkowatym terenie. Właściciele przesympatyczni, również podróżujący rowerami mający za sobą zagraniczne wyprawy, także z dziećmi. Rozbiłem tam namiot choć nie miałem rezerwacji i zjadłem śniadanie dnia następnego. Wziąłem ze sobą tomik wierszy Buszman'a "Krótkie wiersze na długą podróż", do którego od czasu do czasu zaglądałem podczas tej wyprawy, a w połączeniu z tym miejscem... i tym krótkim pobytem... i ogniskiem integracyjnym... czysta poezja!

   Dzień II i kawałek nocki (26.07, niedziela)- ciągniemy do Buga!
Wyjazd 8:00, dystans 212.61km, przewyższeń 987m, czas j/b 10:22:46/15:39:38, prędkość ś/m 20.5km/h/46.8km/h, pogoda przewaga słońca, wiatr 9.2km/h NE
   Tego dnia nieco z przyzwyczajenia obudziłem się przed 4; sen miałem twardy choć względnie krótki (ok. 3.5h), chwilę poleżałem jeszcze w namiocie po czym poszedłem na spacer. Miałem nie wspominać o papierosach ale...cóż poradzić! :) Zwinąłem obóz po spacerku, zjadłem śniadanie i wypiłem pierwszą kawę o 7:30.
Na starcie popełniłem błąd przy ustawianiu nawigacji (wybrałem trasę rowerową, a nie samochodową; wolałem asfalty, a nie szutry czy inne ścieżki rowerowe) i musiałem dodatkowo zrobić dość wymagający choć chyba nie opisany podjazd. W ogóle ta jazda zaczęła się od wielu podjazdów, były tez i zjazdy ale asfalty bez szału to i nie szło do południa, bo zaledwie 60km i średnia nie ta co być powinna. Z czasem się rozjechałem i szło coraz lepiej. Lepiej było również z nawierzchnią. Gdy dojeżdżałem do Włodawy miałem zamiar popływać w Jeziorze Białym ale było takie oblężenie, że zrezygnowałem. Za Włodawą wstąpiłem na stację na dużą kawę i słodkie bułki. Kilka km dalej złapałem kapcia, a właściwie zeszło powietrze z tylnego koła, bo nie znalazłem dziurki. Wymieniłem dętkę chyba w niecałą godzinę dobiłem powietrza na pierwszej stacji z kompresorem i jechałem dalej. Nawigację miałem nastawioną na Janów Podlaski ale nie miałem pomysłu na nocleg. Dotarłem tam na ok. 21. Zatrzymałem się na rynku gdzie pokierowano mnie w jedyne miejsce w Janowie gdzie przed i chyba nawet po 22 można wypić kawę czyli do zamku. Następnie postanowiłem, że pojadę do Gnojna gdzie można się przeprawić przez rzekę Bug. O dziwo ktoś tam był i poinformowano mnie, że prom nie pływa, bo zbyt niski poziom wody czy jakoś tak. Zalecono przejazd do Zabuża oddalonego o ok 15km co nazwałem teleportacją, bo były to km niezarejestrowane. Dojechałem tam chyba grubo po 1, ubrałem się cieplutko i przedrzemałem do rana pod wiatą. Tego dnia było bez obiadu ale z pełnym plecakiem jedzenia i postojami na wiadomo co więc jakiegoś kryzysu energetycznego nie było choć ta teleportacja już nie poszła najlepiej.

   Dzień III (27.07, poniedziałek)-nie cuda!
Wyjazd 7:15, dystans 136.00km, przewyższeń 880m, czas j/b 7:09:24/10:54:18, prędkość ś/m 19.0km/h/49.3km/h, pogoda przewaga słońca, wiatr strava nie podała
   Otrząsnąłem się po drzemce pod wiatą, a w oczekiwaniu na obsługę promu (pracę zaczynali od 6) obserwowałem piękny wschód słońca nad Bugiem. Zjadłem konserwę i coś tam jeszcze co miałem w plecaku. Po przeprawieniu się na druga stronę przebrałem się i ruszyłem do najbliższej stacji gdzie można wypić kawę i coś zjeść. Po drodze na wspomnianą stację "nakarmiłem" czekoladą jakiegoś szwędającego się psa, który łasił się niesamowicie od czasu do czasu puszczając się za przejeżdżającymi samochodami. Dojechałem do  głównej drogi (bodajże krajowa 19), zaś coś zjadłem: jajecznica na bekonie, kanapki z masłem ogórkiem i pomidorem. Wypiłem kawę uzupełniłem braki w plecaku, bidonach i ruszyłem dalej 19-ą kierując się na Białystok. Tego dnia planowałem dotrzeć do Lipska za Dąbrową Białostocką ale nie było szans gdy nawigacja pokierowała mnie na boczne drogi o nie najlepszej nawierzchni. Do tego błądziłem po Białymstoku jakiś czas. Gdy już udało mi się wyjechać z tego miasta znalazłem tani nocleg w Czarnej Białostockiej (Leśny Zajazd), odpuściłem dalszą i tak dość trudną tego dnia jazdę. Chyba pokłosie dnia poprzedniego...Na plus tej rajzy na pewno walory architektoniczne wiosek i miasteczek na tamtym terenie. Zameldowałem się w Zajeździe, wykąpałem wypodpinałem powerbanki i udałem się do baru tuż obok na obiadokolację. Obsługa była trochę zaskoczona ilością jedzenia, które zamówiłem. Po posiłku poszedłem na spacer nad pobliski Zalew Czapielówka. Wróciłem po 22 i naturalnie położyłem się spać. Na Stravie napisałem, że odkuje się dnia następnego...

   Dzień IV (28.07, wtorek)-ekspresem za Suwałki!
Wyjazd 7:45, dystans 189,65km, przewyższeń 1138 m, czas j/b 8:07:04/12:44:12, prędkość ś/m 23,4 km / h/62,6 km / h, pogoda przewaga słońca, wiatr strava nie podała
   Wstałem po 5 i dzień zacząłem od przeglądu roweru i smarowania tego co trzeba. Po dokonaniu odpowiednich czynności i spakowaniu wyruszyłem na śniadanie do baru, w którym jadłem wczoraj wieczorem. Żurek, pierogi na słodko i kawa; tyle zjadłem na śniadanie i poszedłem jak strzała w kierunku Sokółki dalej Dąbrowy Białostockiej i Augustowa. Dobre asfalty sprzyjały prędkości. Z Augustowa skierowałem się do miejscowości Sejny, a z nich odwinąłem na Suwałki. Dotarłem prawie do granicy województw podlaskiego i warmińsko-mazurskiego po drodze wstępując do jakiegoś przydrożnego baru gdzie zjadłem obiad. Namiot rozbiłem tym razem na dziko na jakiejś polanie między lasem a łanami zboża. Około 23 nadciągała burza, bo słyszałem grzmoty ale na szczęście przeszła bokiem i tylko delikatnie pokropiło. Zanim rozbiłem namiot podziwiałem zachód słońca przy wypasających się koniach.

   Dzień V (29.07, środa)-dzikie spanie, dzika moc, a właściwie wilcza...
Wyjazd 7:40, dystans 190,13 km, przewyższeń 1269 m, czas j/b 9:34:06/13:55:06, prędkość ś/m 19,9 km / h/48,2 km / h, pogoda przewaga słońca, wiatr strava nie podała
   Budzik miałem nastawiony jak zwykle na 4 ale jak zwykle wstałem nieco później. Zwinąłem obóz i ruszyłem w kierunku Giżycka przez Olecko. Trasa wiodła pośród jeziorek więc mijała bardzo przyjemnie i nadal dość szybko. Dalej jechałem na Kętrzyn, a z niego na Bartoszyce. Ale zanim dotarłem do Kętrzyna zatrzymałem się w smażalni ryb gdzie podano mi przepyszny obiad i spotkałem swojego tak jakby brata w świecie uzależnień. Wymieniliśmy po kilka zdań i ruszyłem dalej. Na postojach szukałem noclegu i znalazłem w Górowie Iławieckim przy Restauracji Róża Wiatrów. Jakże ta nazwa oddaje choć trochę tego jak się czułem podczas przemierzania tych kilometrów. Niestety od Bartoszyc tempo jazdy spadło diametralnie ze względu na kiepską jakość asfaltów. Te poprawiły się dopiero na kilka km przed Górowem. To chyba dość stare miasto sądząc po zabudowie i także doświadczone przez żywioł, bo widziałem tablice pamiątkową. Te informacje zdobyłem podczas nocnego spaceru po zameldowaniu się w hotelu. Zrobiłem też wtedy małe zakupy na następny dzień. Do Sopotu zostało niecałe 170km!

   Dzień VI (30.07, czwartek)-walka z podjazdami, żywiołami i bólem dupy!
Wyjazd 8:35, dystans 172.73km, przewyższeń 853m, czas j/b 9:37:12/12:36:46, prędkość ś/m 18.0km/h/54.0km/h, pogoda przewaga słońca, wiatr strava nie podała
   Na hotelu z rana wypiłem kawę coś tam zjadłem i ruszyłem w kierunku Elbląga. Trasa raczej bez rewelacji, spora część obok ruchliwej drogi ekspresowej z licznymi hopkami i choć za Elblągiem się trochę wypłaszczyło, to z kolei zaczęło dmuchać w mordę. I jakby tego było mało dupsko zaczęło mnie napier...ć. Tego dnia po raz pierwszy użyłem kuchenki i gorcków, które zabrałem. Odgrzałem flaczki na jednym z postojów. Tego darcia pod wiatr do samego niemalże Gdańska było sporo km. Na postojach dość częstych szukałem pola namiotowego jak najbliżej Sopotu. Nie wiedziałem o tych w samym Sopocie. Znalazłem w Gdańsku na mapach Google ole ono okazało się polem widmo, bo był to jedynie adres firmy zarządzającej polami zupełnie w innych regionach Polski. Była 22 i zaczęło mi się robić chłodno więc ubrałem się nieco lepiej i zacząłem...

   Nocne lunatykowanie po Gdańsku!
Dystans 18.21km, przewyższeń 91m, czas j/b 1:48:35/4:11:36, prędkość ś/m 10.1km/h/36.7km/h
   Zaraz po wtopie z polem namiotowym widmo znalazłem Camping Stogi również w Gdańsku pod samą zatoką. Ustawiłem nawigacje i bez pośpiechu ruszyłem w tamtym kierunku. Domyślałem się, że nie będzie możliwości od razu rozbicia namiotu w przypadku wolnych miejsc stąd brak pośpiechu. Po drodze wstąpiłem kilka razy na stacje paliw gdzie faszerowałem się kaloriami i dwa razy kawą. Gdy robiło się trochę gorzej szybko interweniowałem zażywając tabletki pobudzające bez recepty, które zostały mi z Nieudanej Makroojczyzny. Dotarłem tam po 2. W drodze zaliczyłem glebę, bo przeszarżowałem na ciasnym łuku na ścieżce rowerowej z zapiętymi pedałami. Zaliczyłem jazdę pod prąd i kilka czerwonych świateł. Po dotarciu na miejsce wypytałem ochroniarza o miejsce pod namiot, przeszedłem się na plażę, wróciłem i przekimałem do rana pod parasolem.

   W tym momencie uznałem Pogoń do Sopotu za zakończoną choć w Sopocie mnie jeszcze nie było.

   Dzień VII (31.07, piątek)-regeneracyjna szwędaczka po Gdańsku i Sopocie!
Wyjazd 14:25, dystans 55.63km, przewyższeń 75m, czas j/b 3:50:57/7:23:06, prędkość ś/m 14.5km/h/43.6km/h
   Z rana rozłożyłem namiot, zameldowałem się w recepcji, odświeżyłem i położyłem spać. Spałem do południa po czym wstałem dokonałem przeglądu roweru, wymieniłem łańcuch na drugi i ruszyłem już "na lekko" uzupełniać kalorie do Sopotu. W Barze Bursztyn zjadłem ile mogłem. Przywitałem kumpla, który przyjechał robić zdjęcia na Sopot Beach Rugby, przekazałem mu powerbanka do ładowania i wróciłem do Gdańska na camping, po drodze robiąc drobne zakupy na jutrzejszy dzień.

   Dzień VIII (01.08, sobota)-dzień rugby!
   Tu napiszę tylko, że przejechałem w sumie 43,72km w 2:37 (dojazd plus powrót).
Tego dnia wstałem koło 6. Zjadłem co nie co i wyruszyłem na Sopot Beach Rugby o 7:15. Nie spieszyłem się, bo turniej miał się zacząć dopiero o 11. W Bursztynie zjadłem drugie śniadanie i wypiłem kawę. Rower zostawiłem na zapleczu hotelu, w którym znajomy wynajmował pokój, a dalej poruszałem się pieszo. Do rozpoczęcia turnieju spacerowałem po plaży mocząc stopy w morzu. Zgodnie z planem turniej rozpoczęto o 11 i tam spędziłem cały niemal dzień robiąc jedynie przerwę na obiad w Bursztynie. Turniej u kobiet, bo też były drużyny kobiece, wygrała Legia Warszawa natomiast u mężczyzn drużyna z Poznania. Pogoda była słoneczna więc się trochę opaliłem. O ok. 19:30 zakończył się finał mężczyzn. Nie czekając na rozdanie pucharów poszedłem odebrać rower, pożegnać się ze znajomym i wracałem do Gdańska na camping.

   Część najprzyjemniejszą tej wyprawy miałem za sobą, a leżąc w namiocie rozmyślałem o powrocie i planowałem trasy. W związku iż dojazd do Gdańska poszedł mi nieźle, a apetyt rośnie w miarę jedzenia wymyśliłem, że powrót spróbuję zrobić w pięć dni w sposób ekstremalny, bo 3 razy po 200km i raz do oporu czyli hardkorowo ok. 600-700km. Po przejechaniu ponad 1100km poczułem się dość pewnie i stwierdziłem, że jestem w stanie tego dokonać. Wymyśliłem nazwę dla tego etapu...

   Etap II-Próba sił, weryfikacja medycyny!

   Dzień IX (02.08, niedziela)-3 kapcie i złamana szprycha!
Wyjazd 8:45, dystans 118.92km, przewyższeń 623m, czas j/b 6:11:50/14:56:56, prędkość ś/m 19.2km/h/45.0km/h, pogoda przeważnie słonecznie, wiatr strava nie podała
   Obudziłem się zaś dość wcześnie i nie spiesząc się ze zwijaniem obozu wyruszyłem dopiero przed 9. Po przejechaniu 20km czyli chyba jeszcze w Gdańsku najechałem na jakąś gałąź i usłyszałem pryknięcie, a potem poczułem, że w tylnym kole nie ma powietrza. Złapałem pierwszego kapcia! W związku ze znalezieniem szpikulca w oponie postanowiłem ją także zmienić. Dziurawą dętkę zakleiłem, poskładałem swoje rupiecie i ruszyłem dalej trasą rowerowa, bo taka nie wrzucała mnie na zakazy, a prowadziła dość dobrymi ścieżkami dla rowerów. Niestety ścieżki w pewnym momencie się skończyły i zaczęły drogi polne i leśne gdzie nie dało się zbyt szybko jechać, a po piachu to już w ogóle się nie dało jechać.  :) Nie miałem zamiaru się wracać dlatego naparzałem do przodu. Podczas przejeżdżania przez jakiś dół usłyszałem jakby ktoś szarpnął strunę od gitary ale się tym nie za bardzo przejąłem. Kilkadziesiąt metrów dalej pośród pól ze skoszonym zbożem zrozumiałem że chyba to jest powód drugiego kapcia, bo zauważyłem wtedy, że jedna szprycha lata dość swobodnie. Zaś trzabyło wymieniać dętkę, a co gorsza nie wziąłem ze sobą zapasowych szprych. Nie wziąłem, bo nie wiem czy umiałbym wymienić. Ta awaria miała miejsce na 42km i ok. godz. 15. Zastanawiałem się czy da się podróżować tak ciężkim rowerem bez jednej szprychy. Zabezpieczyłem nypla bez wyciągania go z obręczy taśmą izolacyjną, wyciągnąłem klucz do szprych i zacząłem powiedzmy centrować koło tak by obręcz nie obcierała o klocki hamulcowe. Udało się! Nawigację przestawiłem czym prędzej na samochodową trasę i bardzo powoli dojechałem do asfaltu, który na szczęście nie był zbyt daleko. Po twardym i gładkim to nawet szło i nie odczuwałem jakoś tego braku 1 szprychy. Na którymś postoju dobiłem nieco powietrza do dopuszczalnej wartości i kontynuowałem jazdę. Poruszałem się wtedy drogą krajową na Starogard Gdański, a dalej chyba wojewódzką na Skórcz. Na 93km po raz trzeci złapałem kapcia. Robiła się już szarówka więc dość szybko wymieniłem, a jak to robiłem opiszę później. Dojechałem do granicy województwa pomorskiego z kujawsko-pomorskim i pomyślałem że będę jechał całą noc. Jednak gdy zobaczyłem w lesie znak z literka "P" i cyferkami 200m postanowiłem, zajechać na ten parking, gdzie zdecydowałem się przekimać na ławeczce. Była już prawie północ i nie chciało mi się rozkładać namiotu. Noc była ciepła więc...coś mnie jednak tchnęło by sprawdzić prognozę i po tej czynności szybciutko założyłem czołówkę i rozłożyłem namiot. Zasnąłem jak dziecko na szyszkach w pełnym odzieniu. Ściągnąłem jedynie buty.

   Dzień X (03.08, poniedziałek)-dzień świstaka, deja-vu i ulewa!
Wyjazd 8:00, dystans 105.05km (w tym ok 8km pieszo), przewyższeń 468m, czas j/b 7:06:04/12:26:48, prędkość ś/m 14.8km/h/40.0km/h pogoda pochmurnie i deszczowo
   Tego dnia po raz drugi użyłem kuchenki odgrzewając fasolkę, którą kupiłem w jakimś sklepiku dnia poprzedniego. Trochę kropiło z rana ale jeszcze nie padało za bardzo. Złożyłem namiot, ubrałem jednak kurtkę przeciwdeszczową i ruszyłem w kierunku miejscowości Świecie. Nawigacje miałem ustawioną na Częstochowę choć już wcześniej dotarło do mnie, że nie realizuję tego o czym myślałem będąc na campingu w Gdańsku. Na 44km znowu kapeć. Było jeszcze przed południem i koło kuchni polowej Grochówka koło Chełmna. Założyłem już klejoną drugi raz dętkę i poszedłem zjeść grochówkę. Po posiłku podchodzę do roweru a tu klops-nie ma powietrza w tylnym kole. Wtedy podjąłem decyzję o kupnie nowych dwóch dętek. Poszedłem za nawigacją do Chełmna do Autoryzowanego Serwisu Rowerowego, który jak się okazało już nie istnieje. Znalazłem inny sklep i tam zaopatrzyłem się w dwie dętki i zestaw naprawczy. Wracając do Grochówki zaczął padać rzęsisty deszcz. Wymiana odbyła się na mokro.  W to miejsce wstępowało wiele ludzi, w tym rowerzysta chyba z żoną, który jak wspomniał nie wypakował się jeszcze do końca i ma pompkę wysokociśnieniową, której mi pożyczył gdy zobaczył jak macham swoją mini. Dał mi również kilka cukierków. Rozpadało się na dobre! Mimo opadów postanowiłem jechać dalej. Temperaturę byłem w stanie zrobić bardzo szybko więc nie było tragedii. Na którymś postoju wyszukałem tani nocleg w Toruniu i postanowiłem tam jechać. Na 16km przed celem złapałem 3 kapcia i już chyba wtedy przeszła mi przez głowę myśl, że to chyba ostatni dzień mojej wyprawy. Byłem kompletnie przemoczony, a kurtka która miała chronić przed deszczem okazała się workiem na wodę, bo gdy opuszczałem ręce to z rękawów wylewała się woda strumieniem. Założyłem ostatnią dobrą dętkę kupioną w Chełmnie i ruszyłem do Torunia do Twierdzy, Fort IV gdzie miałem nadzieję przenocować. Po dotarciu okazało się, że nie ma wolnych pokoi. Szybciutko znalazłem inny pokój na ulicy Sienkiewicza oddalonej o 3.5km. Po drodze zalany tel. zaczął szwankować i dopytując przechodniów dotarłem do celu. Telefon padł! Gdy urocze dziewczyny wchodziły do mieszkania, w którym i ja miałem potencjalny nocleg zaczepiłem je pytaniem czy mają kontakt do osoby zarządzającej tymi pokojami do wynajęcia. Miały! I nawet po wyjaśnieniu sprawy udostępniły mi swojego telefonu w celu skontaktowania się z właściwa osobą. Pokój miałem co prawda przy ulicy obok ale i tak byłem zadowolony, bo miałem gdzie spać. W mieszkaniu rozwiesiłem do suszenia co było do suszenia, a rower zostawiłem pod schodami. Przed snem podjąłem decyzję, że dalej pojadę pociągiem i na tablecie, którego nie używałem aż do teraz szukałem dworca i pociągu na podkarpacie.

   Dzień XI (04.07, wtorek)-pociąg, autokar i symboliczne zakończenie Wyprawy Pół Polski
Wyjazd 8:30, dystans trudny do ustalenia tak samo jak przewyższenia :), czas hmm??? Od rana do późnego wieczora, prędkości różne, a pogoda zmieniająca się wraz z przebytymi kilometrami.
   Rano jeszcze w Toruniu popakowałem swoje nie do końca wyschnięte rzeczy i udałem się na Dworzec Główny. Tam zakupiłem bilet do Warszawy, bo nie było na ten dzień innego z miejscem na rower. Byle bliżej domu! Taka decyzja była uzasadniona, tym że w razie "w" miałbym gdzie przenocować bo w Warszawie mieszka mój znajomy; ten sam, który robił zdjęcia na Sopot Beach Rugby, a w miejscowości Konstancin-Jeziorna znajduje się mieszkanie firmy, w której kiedyś pracowałem i istniało prawdopodobieństwo, że ktoś od nich jest akurat w Warszawie dużym samochodem. Do Warszawy dojechałem przed 15 i wysiadłem na Dworcu Zachodnim (niestety nie ma tam wind). Zostawiłem więc rower na peronie i poszedłem do kas pytać o pociąg w kierunku Podkarpacia. Niestety nie było miejsca dla Lucyfera więc przeprowadziłem się na dworzec autobusowy po drodze kupując obiad. Prowadzenie tego kolosa po schodach na dół i później do góry tak mnie rozgrzało... Zacząłem się zastanawiać czy taki rower zmieści się do bagażnika Neobusa i po krótkim namyśle podszedłem do pierwszego lepszego kierowcy, przedstawiłem mu swoją sytuację, że kontynuowanie wyprawy nie ma dla mnie sensu jak zresztą wszystko na tym świecie  :D i wypytując go o możliwość transportu nie przygotowanego roweru, tak dużego dostałem informację zwrotną: jak tylko się zmieści i kierowca się zgodzi z czym nie powinno być problemu, to dojedziesz dziś do Kolbuszowej bez problemu tym bardziej, że jest sporo wolnych miejsc. Nie zastanawiając się zbyt długo zarezerwowałem miejsce przez infolinię i oczekiwałem na podjazd autokaru pod właściwy peron. Autokar podjechał, kierowca się zgodził, rower zapakowany i kilka minut po 21 byłem już we wspomnianej Kolbuszowie, a z niej już do domu zostało niewiele ponad 11km. Nie padało, było dość ciepło więc dosiadłem Lucyfera i ruszyłem tam gdzie ca! Po drodze wstąpiłem na stację Strumyczek w Przedborzu na bezalkoholowe gdzie było sporo znajomych. Trochę pogadaliśmy, pośmialiśmy się i każdy pojechał w swoją stronę. Przed 23 byłem w domu. Odetchnąłem z ulgą i zasiadłem przed komputer. A oto efekty stukania w klawiaturę,

   Podsumowanie i wyjaśnienia

Podobnie jak przeczytałem u Pana Wilka chciałbym spróbować podsumować tą wyprawę pod różnymi kątami: psycho-fizycznym, technicznym, finansowym oraz wyjaśnić to i owo; zatem

Bardzo fajna mimo wszystko przygoda pełna różnorakich emocji i wrażeń bez większych kryzysów psychicznych czy energetycznych, bo starałem się zawsze mieć coś w plecaku na ząb, a właściwie było tego sporo. Wodę uzupełniałem na bieżąco i zbierałem nawet nakrętki. Nie wiem czy wszystkie wziąłem ale w koszyczku mam 15; plus bezalkoholowe i inne napoje typu kawa, to podejrzewam, że wypiłem chyba z 50l
Gdy zaczynał mnie boleć tyłek smarowałem się maścią dla niemowląt.  :) A nogi po jeździe wychładzającą maścią końską masując przez jakiś czas mięśnie. Te czynności zdarzało mi się powtarzać przed startem. Wydaje mi się, że oprócz drugiego dnia nie przedawkowałem z dystansem choć wtedy było też bez obiadu. Wysypiałem się optymalnie.

Pod względem technicznym najbardziej zastanawia mnie to dlaczego te dętki tak często padały na powrocie???
Jak zmieniałem dętki? Lucyfer ma rogi od lemondki, które po odwróceniu roweru do góry łapami utrzymywały równowagę. Na tylnym bagażniku jest trochę wystająca nakładka na bagażnik z drutu fi 10 i uchwytami do ramy z płaskownika 5*30 wzmacniające sam bagażnik i pozwalająca na postawienie roweru do góry łapami bez stykania się siodełka z ziemią i bez konieczności ściągania sakw czy namiotu czy śpiwora. Zdejmowałem jedynie koszyczek przedni, z tylnego plecak, wyjmowałem skrzynkę z narzędziami, obracałem rower i robiłem co trzeba.
Po glebie urwał mi się uchwyt na głośnik bluetooth więc go zdemontowałem, tak samo jak uchwyt na dodatkowa latarkę, bo ta zasilana z piasty świeciła wystarczająco dobrze.
Łańcuch zmieniłem jak już wspomniałem dopiero na Campingu Stogi w Gdańsku po przejechaniu 1106.5km. Pewnie za późno... Smarowałem co ok 300km.
Najwięcej jechałem na Przełożeniach 3*4, 2*4 i 1*4. Na trudnych podjazdach redukcja do 1*1, a na szybkich zjazdach max 3*7. Czasami gdy mi nie zrzucało na mały blacik ciągnąłem na 2*1. Zdarzało się też nadganiać mocniejszym naciskaniem na pedały.
Pod względem finansowym z 2000zł zostało mi 200!

Pierwszy etap nazwałem Pogonią do Sopotu bo bardzo chciałem zdążyć na ten turniej rugby, a nie bardzo wiedziałem jak mi pójdzie, bo przecież nigdy wcześniej nie robiłem czegoś podobnego.
Dni nazywałem w taki sposób by odzwierciedlały to co działo się podczas konkretnej rajzy lub związane były z miejscem noclegu.
Drugi zaś etap jak i w sumie cała wyprawa, była dla mnie właśnie taką próbą sił, a weryfikacja medycyny związana była z informacjami, które otrzymałem podczas pobytu na pogotowiu na pięć dni przed rozpoczęciem wyprawy (20.07) gdzie wysiedziałem się chyba z 8h, bo jakich nadgorliwy doktorek postanowił poszerzyć diagnostykę. Ten zaś pobyt związany był z obrzękiem po ukąszeniu/ugryzieniu/użądleniu przez jakiegoś owada podczas niedzielnej (19.07) przejażdżki.
Naturalnie przepisano mi jakieś leki, których nie wykupiłem, bo przecież wyprawa! Obrzęk zszedł po 2 dniach i stosowaniu jakichś maści bez recepty. O informacjach nie napiszę, bo to moja prywatna sprawa, a weryfikacja medycyny będzie trwać w najlepsze! Nie wiem jak długo i chyba nikt nie wie!

Na koniec dodam jedynie, że ten tekst pisałem przez kilka godzin w nocy zaraz po powrocie do domu z wyprawy z przerwami na sen, posiłki i papieroski :)
Przepraszam jeśli znajdziecie w nim jakieś błędy czy wulgaryzmy i za nieaktualność początku!

Pozdrawiam!
« Ostatnia zmiana: 5 Sie 2020, 16:43 Wilu13 »

Offline Mężczyzna Borafu

  • Moderator Globalny
  • Wiadomości: 9114
  • Miasto: Łódź
  • Na forum od: 02.04.2010
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 16:13 »
Cieszę się z Twojego zadowolenia.
Tak trzymaj!  :)

Przyznam jednak że utknąłem na samym początku, bo mi się mózg zablokował na tym kawalku:
Całość z rowerem ważyło w dniu wyjazdu 61.5kg
Sześćdziesiąt jeden i pół kilograma?  :o  :o :o
Nigdy nie byłem ultralajtowcem, ale ta liczba mnie przerosła.
Coś Ty tam nabrał?
Ja przecież tylko żartowałem o kredensie  ;)

A dystanse, szczególnie biorąc pod uwagę te kilogramy, naprawdę zacne.

Offline Mężczyzna Wilu13

  • Wiadomości: 31
  • Miasto: Kolbuszowa
  • Na forum od: 10.05.2020
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 16:40 »
Ten rower w orginale ważył 17kg. Po dorobieniu lemondki i nakładki na bagażnik zadni jego masa wzrosła do prawie 25kg, a po założeniu jeszcze bagażnika przedniego, koszyczków i innych pierdółek do blisko 30. Rzeczywiście sporo ważył ten zestaw, a sztywność uzyskiwałem najlepszą po położeniu się na lemondce i napięciu mięśni rąk (dłonie do środka na chwytach lemondki, łokcie na zewnątrz padów).
Jestem w końcowym etapie przygotowań do sezonu piłkarskiego i pod tym kątem taka wyprawa wydaje mi się sporo mi dodała. Będę miał okazje to sprawdzić w sobotę podczas meczu kontrolnego.

Offline Mężczyzna Borafu

  • Moderator Globalny
  • Wiadomości: 9114
  • Miasto: Łódź
  • Na forum od: 02.04.2010
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 18:03 »
12 kg na bagażniki, lemondkę i koszyki?
Bagażnik tylny Crosso waży 670g, przedni 655g, tak że ten...

Offline Mężczyzna Borafu

  • Moderator Globalny
  • Wiadomości: 9114
  • Miasto: Łódź
  • Na forum od: 02.04.2010
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 18:12 »
O tym nie pomyślałem.
Mój błąd.

Offline Mężczyzna Wilu13

  • Wiadomości: 31
  • Miasto: Kolbuszowa
  • Na forum od: 10.05.2020
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 18:17 »
Ja nie mam bagażników które podajesz i chyba nie czytasz ze zrozumieniem, bo ja pisze o nakładce na bagażnik zadni zrobionej z drutu stalowego gładkiego fi 10 i płaskowników 5*30, lemondce zrobionej ze starej kierownicy, kolanek i rurek hydraulicznych stalowych, bagażniku przednim Sport Arsenal, koszyczku przednim, koszyczku tylnym i innych pierdółkach typu trąbka, uchwyt na tel, uchwyt na głośnik, uchwyt na dodatkową latarkę, uchwyt na dodatkowy bidon, dodatkowo rogi przy kierownicy, pedała spd stalowe chyba??? Tak że ten... :D

Offline Mężczyzna byczys

  • Wiadomości: 1221
  • Miasto: Tychy
  • Na forum od: 30.09.2013
    • Moje relacje z ultramaratonów rowerowych
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 18:18 »
Może po prostu wrzucisz zdjęcie tego zestawu?  :)

Offline Mężczyzna Piotr1975

  • Wiadomości: 534
  • Miasto: Bruksela
  • Na forum od: 08.11.2017
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 18:32 »
Ja nie mam bagażników które podajesz i chyba nie czytasz ze zrozumieniem, bo ja pisze o nakładce na bagażnik zadni zrobionej z drutu stalowego gładkiego fi 10 i płaskowników 5*30, lemondce zrobionej ze starej kierownicy, kolanek i rurek hydraulicznych stalowych, bagażniku przednim Sport Arsenal, koszyczku przednim, koszyczku tylnym i innych pierdółkach typu trąbka, uchwyt na tel, uchwyt na głośnik, uchwyt na dodatkową latarkę, uchwyt na dodatkowy bidon, dodatkowo rogi przy kierownicy, pedała spd stalowe chyba??? Tak że ten... :D

Konstruktorzy Tygrysa II spotkali się z podobnym problemem. Jak przekraczales rzeki, mosty?
Nieskończenie mądry jest nasz Stwórca Pan
Swoje dzieło dał obejrzeć również mnie

Offline Mężczyzna Wilu13

  • Wiadomości: 31
  • Miasto: Kolbuszowa
  • Na forum od: 10.05.2020
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 18:50 »
Tak wygląda Lucyfer :D

Offline Mężczyzna Borafu

  • Moderator Globalny
  • Wiadomości: 9114
  • Miasto: Łódź
  • Na forum od: 02.04.2010
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 18:51 »
Wiem że nie masz tych bagażników.
Podałem ich masę jako przykład, bo próbuję zrozumieć po co to wszystko.

Offline Mężczyzna Wilu13

  • Wiadomości: 31
  • Miasto: Kolbuszowa
  • Na forum od: 10.05.2020
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 19:02 »
A tak bez sakw...

Offline Mężczyzna Wilu13

  • Wiadomości: 31
  • Miasto: Kolbuszowa
  • Na forum od: 10.05.2020
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 19:15 »
Po co to wszystko? Dla komfortu, wygody i praktyczności i również aby trochę nogi urosły. Sprawdzę czy jest jakaś różnica na szosie po takiej wyprawie i ewentualnie dam znać. Lubie słuchać muzy podczas jazdy ale nie w słuchawkach, a z telefonu bywa zbyt cicho gdy samochody i wiatr napi...la stąd głośnik  :) Po za tym lubię takie wyzwania które sam sobie stawiam co do konstrukcji czy jazdy, bo nie jestem przez nikogo ograniczany ani co do trasy ani czasu ani sprzętu ani niczego :) Robię coś bo mogę i chcę, nie dlatego że muszę. To wystarczająca, przynajmniej dla mnie argumentacja. Jak ktoś tego nie rozumie to trudno! :)

Offline Mężczyzna Piotr1975

  • Wiadomości: 534
  • Miasto: Bruksela
  • Na forum od: 08.11.2017
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 19:18 »
Może warto przemyśleć co potrzebujesz a czego nie, tak by waga roweru i szpeju zeszła do 30 kg ? Wtedy będzie więcej frajdy z jazdy , dętki szprychy łańcuch wytrzymają więcej.
Zastanów się kolego. Nie piszę tego złośliwie. Teraz Twojemu Kross bliżej do wozu Drzymały niźli Lucyfera
Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia na szlaku
Nieskończenie mądry jest nasz Stwórca Pan
Swoje dzieło dał obejrzeć również mnie

Offline Mężczyzna Wilu13

  • Wiadomości: 31
  • Miasto: Kolbuszowa
  • Na forum od: 10.05.2020
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 19:27 »
Gdy będę miał wymiary jak Roberto Carlos czyli 90/60/90 co oznacza lewe udo/talia/prawe udo, to tak jakby na jedno wyszło przy tych moich 60kg i Twoich 30kg, a tak na serio to raczej już nigdy taki ciężki nie pojadę. Koło tylne i tak chciałem wymienić bo będę mu robił jakiegoś seta czy jak to się mówi. Połowa rzeczy, narzędzi, części mi się w ogóle nie przydała, to mam co wyrzucać choćby z bagażu... :)

Offline Mężczyzna MARECKI

  • Wiadomości: 569
  • Miasto: Elbląg, Polska
  • Na forum od: 28.01.2016
    • Rowerowa strona Mareckiego
Odp: Prawie Pół Polski
« 5 Sie 2020, 21:27 »
Tak wygląda Lucyfer :icon_biggrin:


O Jezu!  :icon_eek:

Tagi:
 




Organizujemy










Partnerzy





Patronat




Objęliśmy patronat medialny nad wyprawami:











CDN ....
Mobilna wersja forum